Martyna Wojciechowska

module_foto
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
  • Złote myśli przeróżne
DSC04132
KRÓLOWA ZIEMI!
19.09.2009

.::KORONA ZIEMI NALEŻY DO MARTYNY::.22 stycznia 2010, Martyna stanęła na ostatnim szczycie!   ...

Więcej
IMG_5273
MARTYNA NA TVN STYLE
10.10.2006

.:: MARTYNA I KOBIETY ::.Zapraszamy do oglądania "Kobiety na krańcu świata" w TVN STYLE!   ...

Więcej

CE2010JEST KORONA ZIEMI!! MARTYNA ZDOBYŁA CARSTENSZ!! 

 

 

 

BELKA

Marsat_LOGO
łączność satelitarną zapewnia MARSAT


W niedzielę, 17 stycznia 2010 roku Martyna wyruszała na wyprawę Carstensz Expedition 2010 - ostatnią, realizowaną w ramach projektu wspinaczkowego KORONA ZIEMI, którego celem jest zdobycie najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Martyna ma szansę być drugą kobietą z Polski, której uda się dokonać tego wyczynu. Celem ekspedycji jest najwyższy szczyt Australii i Oceanii (Indonezja) – Piramida Carstensz,  zwana również Puncak Jaya , 4 884 m n.p.m.


25 stycznia 2010 - PODSUMOWANIE

7 lat, 7 szczytów, 7 kontynentów... Boże, 7 lat to naprawdę kawał czasu! Kiedy zaczynałam projekt Korona Ziemi, chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, na co się tak naprawdę porywam... Przez ten czas wiele się nauczyłam, straciłam kilku przyjaciół, zyskałam nowych, zostałam mamą (!) i, przede wszystkim,  nabrałam ogromnej pokory. Jestem zupełnie innym człowiekiem! Co czuję? Tak długo realizowałam swoje marzenie, że chyba też radość z sukcesu przychodzi powoli, stopniowo... Jeszcze do mnie nie dotarło, że oto, po 7 latach, mogę postawić kropkę na końcu zdania.


Hurra Na_grani_MW
Szczyt_Traveler Tyrolka_Martyna
Tragarze_w_bazie Autoportret_MiR

 

PODZIĘKOWANIA


To Robert Miller – for being a great partner and a supervisor during this expedition! It was a great, great adventure, thanks to you, Robert!

Robert_i_Nga_Pulu_w_tle


Bardzo dziękuję firmie Marsat za telefony satelitarne i za to, że zaraz po zdobyciu szczytu mogłam zadzwonić do mojej córki Marysi i ją usłyszeć!

Wielkie podziękowania dla Bodymaxa za wsparcie witaminowe. Może dzięki temu miałam taką dobrą formę?! Dawno nie czułam się tak rewelacyjnie!!!


Bodymax1 Bodymax2


Firma PZU była oficjalnym ubezpieczycielem wyprawy. Dziękuję za to, że mogłam czuć się tak bezpiecznie!


PZU2  Szczyt_PZU


Podziękowania dla Banku DnB Nord za wsparcie tej i poprzednich moich wypraw. Wasza wiara we mnie dodaje mi skrzydeł!


Szczyt_DnBNord  DnBNord1


Podziękowania dla mojej redakcji National Geographic za wyrozumiałość i zgodę na kolejny urlop :-) Obiecuję, że już niedługo wracam do pracy z naładowanymi akumulatrorami!


Kochany_Traveler


Dziękuję Mariuszowi Borowiakowi z Grupy Żywiec za motywację 7 lat temu i nieustające wsparcie.

Wiekie buziaki dla Artura Hajzera z podziękowaniem za przygotowanie górskie i kondycyjne. Podziękowania także dla całej firmy HiMountain za super sprzęt stworzony “na miarę”! Po zejściu ze szczytu część rozdałam miejscowej ludności, bo nie mogłam patrzeć, jak marzną :-)

HiMountain2

Pozdrawiam Marka Ciborowskiego z Holmes Place i dziękuję za ciężki trening przed wyprawą. Dałam radę, Trenerze!

Dziękuję Stacji TVN i obiecuję przywieźć ciekawy materiał filmowy :-)

Kochani Rodzice,

Jesteście najlepszymi Rodzicam na świecie! Dziękuję za wyrozumiałość, milość i wsparcie. Obiecuję, że jakiś czas posiedzę w domu...

A przede wszystkim:

Dziękuję Ani Wróblewskiej “Wróbelkowi” za przyjaźń i pomoc w realizacji tego projektu. Anula, jesteś aniołem, a nie Wroblem!

Marta Grajeta była ze mną od początku realizacji Korony Ziemi. Martusiu, jestem Ci wdzięczna za wszystko!

Największe podziękowania należą się Kasi Frydrych za logistykę wyprawy i za to, że była na posterunku 24 godziny na dobę... Przepraszam za te telefony nad ranem i za to, że bywam takim potworem! Kasiu, to był kawał dobrej roboty i jestem Ci wdzięczna za pomoc, i nieustającą wiarę we mnie.

TYTUŁEM KOŃCA

Powoli wracam do domu i do rzeczywistości “na poziomie morza”...
Do zobaczenia w piątek rano w Warszawie!



24 stycznia 2010 - "Ciągle pada"...


Drugi dzień w namiocie... Pogoda, początkowo łaskawa, teraz daje nam popalić. Ulewa jest tak intensywna, że nie ma mowy o żadnym spacerze na zewnątrz. A tak bardzo chcieliśmy wspiąć się jeszcze na jakiś z okolicznych szczytów. Coż... Po dobie spędzonej w namiocie, w akcie desperacji, mieliśmy już schodzić na dół o własnych siłach. W tej sytuacji jednak poczekamy aż przestanie padać i nadleci helikopter. Jak widać nie może być tak, że wszystko się układa :-) Póki co jednak pozostajemy w dobrych nastrojach. Ja mam czas na pisanie, Robert odsypia. Niedawno rozmawiałam z moją Marysią przez telefon, nauczyła się mówić "Oć do mnie!", co zaprezentowała, wycałowała słuchawkę i powiedziała "Pa mamo!". Jak dobrze, że istnieją telefony satelitarne! Czekamy więc na lot do Nabire, oby nastąpił o tej 8 rano...


22 stycznia 2010 - MARTYNA NA SZCZYCIE PIRAMIDY CARSTENSZ!!


Początkowo mieliśmy trochę pod górę… dosłownie i w przenośni :-) Problem z wylotem z Nabire, lokalna ludność groziła, że zablokuje helikopter, więc musieliśmy przekraść się o 5 rano na pokład, ale na szczęście udało nam się wystartować. Potem z kolei negocjowaliśmy nadbagaż… W kółko coś. W końcu, z jednym międzylądowaniem dotarliśmy do bazy pod Piramidą Carstensz. Jak tylko wysiedliśmy z helikoptera, Robert rzucił, że właściwie to będziemy się od razu aklimatyzować i możemy wyruszać na szczyt. Powiem szczerze, że byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu… Ludzie zwykle wychodzą na atak szczytowy o 3 nad ranem. Ale ruszyliśmy…
Do tyrolki wszystko szło nadzwyczaj dobrze. Właściwie to założyliśmy, że będziemy się aklimatyzować i jeżeli wszystko pójdzie dobrze poważnie rozważymy atak. Ja jednak rozważałam go trochę mnie poważnie niż Robert, przynajmniej na tamtą chwilę… Pogoda była niesamowita – mieliśmy wszystko: słońce, chmury, mgłę, deszcz, śnieg… Byliśmy sami, bez guida. Wydawało się, że za tyrolką to już blisko, ale okazało się, że wcale nie. Dopadł mnie kryzys, byłam wściekła, właściwie to miałam ochotę położyć się i umrzeć. Mówiłam, że nie wejdę, że nie mam siły. Przejścia rzeczywiście nie należą do przyjemnych. Poza samą tyrolką jest kilka przepaści. Wygląda to tak, że między jedną, a drugą skałą jest przerwa, 100 metrów w dół i aby przedostać się na drugą stronę trzeba przeskoczyć z jednej na drugą… Ot tak, zrobić krok. Wymaga to dużej odporności psychicznej… Ale jak to po każdej burzy – przychodzi słońce. Gdy tylko zobaczyłam szczyt, dostałam skrzydeł. Adrenalina była niesamowita. Prawie tam wbiegłam, popłakałam się jak szalona. Droga zajęła nam 5 godzin, oficjalnie stanęłam na szczycie Piramidy Carstensz o godz. 14:30 czasu lokalnego, czyli 6:30 AM czasu polskiego. Cała droga z namiotu i z powrotem niecałe 10 godzin, bez aklimatyzacji. Chcieliśmy zdążyć przed chorobą wysokościową, która na pewno by nas dopadła, stąd tak szybka decyzja o atakowaniu szczytu.
Niepodważalnie był to jeden z najlepszych dni w moim życiu! Rewelacyjna wspinaczka, wyjątkowo dobra forma (poza półgodzinnym kryzysem :-)). Mimo że nie jadłam już 24 godziny i prawie nie piłam – jestem w super formie. To zdecydowanie jedna z najlepszych Gór! Gdyby teraz ktoś zapytał mnie, co czuje osoba, która stanęła na ostatnim szczycie w Koronie Ziemi odpowiedziałabym, że… jest głodna i chce jej się pić :-))  Najwyraźniej w najważniejszych chwilach wszystko sprowadza się do najprostszych rzeczy :-)  Dziękuję, że byliście ze mną!


21 stycznia 2010 - Nabire


Dzień w Nabire upłynął nam spokojnie. Miejscowość jest niewielka i nie spotkałam tu ani jednego turysty czy choćby białego człowieka! Świadczy o tym najlepiej baza hotelowa - pięć gwiazdek to to nie jest... Prądu zwykle nie ma, bieżącej wody też, ale nie narzekamy! Z uwagi na kolor skóry wzbudzamy dużą ciekawość i po raz pierwszy zdarzyło mi się, że "lokalesi" podchodzą do mnie, żeby się sfotografować na pamiątkę :-) Teraz już wiem, jakie to uczucie... Póki co jednak, ja i Robert też robimy sporo zdjęć i staram sie Wam coś wysłać, bo od jutra będę miała z Polską kontakt wyłącznie przez telefon satelitarny.

Chodzę, zwiedzam, poznaję ludzi, zagaduję... To jest to, co lubię najbardziej! Nawet zakupy świeżych owoców i warzyw na wyprawę stały się okazją do zawarcia znajomości z przesympatyczną właścicielką straganu i jej córeczką. Odwiedziłam też szkołę w Nabire, bo dzieciaki na całym świecie są zawsze najfajniejsze - szczere, uśmiechnięte, otwarte. Opowiedziały mi, czego się uczą, jak spędzają czas, jakie mają marzenia. Na szczęście niemal każda z dziewczynek z tego zdjęcia marzy o skończeniu studiów... Na szczęście chcą też wyjechać z Nowej Gwinei, bo nie widzą tu perspektyw. W tym regionie nie ma zbyt wiele możliwości pracy - ruch turystyczny tu nie istnieje, komunikacja z resztą kraju jest kiepska. Ludzie żyją z handlu lub pracują w kopalniach złota. Większość zysków wędruje jednak do kieszeni Amerykanów, a ci niezbyt chętnie dofinansowują wyspę... I tak koło się zamyka...

Znowu problemy... Przyszli przedstawiciele lokalnej ludności i pytają, dlaczego lecę helikopterem, a nie idę przez dżunglę... Gdybym szła przez ich teren, musiałabym zapłacić mnóstwo łapówek co kilka kilometrów i wszyscy byliby zadowoleni. A tak - nie chcę im płacić haraczu... Więc ich zdaniem nie polecę wcale, bo zamierzają blokować helikopter od rana :-( A ja po prostu nie mogę pozwolić sobie na przedzieranie się przez dżunglę, bo nie mam aż tyle czasu - zostawiłam w domu małą Marysię! Poza tym mam mnóstwo obowiązków w National Geographic i muszę jak najszybciej wracać... Kiedyś możliwe było przejście przez kopalnię złota, ale obecnie jest zamknięta do odwołania, więc wybrałam jedyną i najbezpieczniejszą opcję... Zrobiłam sobie z nimi zdjęcie na zgodę, ale raczej to nie pomoże. Planujemy zapakować bagaż w nocy i wystartować ok. 5 rano, tuż przed świtem, licząc na to, że nie zdążą nas zatrzymać. A zatem - trzymajcie kciuki!!!


 

Ale_odlot.jpg

Autoportret.jpg

Miejscowy_Automaniak.jpg

Nabire1.jpg

Przedstwiciele_lokalnej_ludnosci.jpg

Szkola_w_Nabire1.jpg

W_Nabire_nad_oceanem1.jpg

Zakupy_na_wyprawe1.jpg

 





20 stycznia 2010 - Przygód ciąg dalszy
 


Póki co wyprawa nie jest zbyt męcząca... W Jakarcie na lotnisku mieliśmy tyle wolnego czasu, że postanowiliśmy pójść do SPA na jawajski masaż. Okazało się, że drobnej budowy Jawajka miała tyle siły, że omal nie połamała mi kręgosłupa! Poza tym, to bodaj najweselszy wyjazd górski w moim życiu :-) Robert jest doświadczonym wspinaczem i facetem, który do wszystkiego (także do siebie) ma dystans, więc żartujemy niemal cały czas. Wiemy, że przed nami konkretny, trudny cel do osiągnięcia, ale dopóki możemy, to nie zadręczamy się myśleniem o tym, tylko ładujemy akumulatory i staramy się dobrze bawić. Jeszcze przyjdzie czas na wysiłek i zmęczenie...

Ps. Załączam zdjęcie moich nowych butów. Kupowałam je dość abstrakcyjnie - wysłałam Robertowi faxem obrys mojej nogi, a on przesłał go dalej, do sklepu w Austrii. O dziwo - pasują! Są superwygodne i ultralekkie. W tych butach mogę nawet wefrunąć na szczyt Carstensza!

 

Buty_kupione_przez_fax

Lot_z_Biak_do_Nabire

Nabire

 

Nadbagaz_Roberta

 

Wypadniete_okno Hotel_w_Biak

 

Nareszcie_w_drodze

 

przed

 

 


Półtoragodzinny lot z Biak do Nabire przebiegł bez większych zakłóceń. Poza tym, że spóźnił się 4 godziny!!! No i podczas lądowania... wypadło na mnie okno... Na szczęście tylko jedna, wewnętrzna część :-) Uff... Od razu zrobiło się bardziej przewiewne. Może to i lepiej, bo temperatury sięgają tu 30 stopni! Po polskiej zimie to niezły szok termiczny :-)

No i znowu oczekiwanie... Doprawdy Góry wymagają ogromnej cierpliwości! Okazało się, że jutro nie polecimy w kierunku Carstensza, bo "piloci maja obowiązki względem lokalnej ludności"... To znaczy, że lokalni nie bardzo lubią tu białych :-) Ogólnie rzecz ujmując - sytuacja na Nowej Gwinei jest napięta. Nieustannie trwają walki plemienne, politycznie sytuacja jest niestabilna i lepiej samemu nie zapuszczać się zbyt daleko w głąb tego regionu. Powód? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Miejscowi wierzą, że każdy, kto tu przyjeżdża, planuje ukraść i wywieźć stąd ich złoto. A trzeba przyznać, że jest to zagłębie tego skarbu - zdarzają się bryły po 3 kg wagi!!! Próby tłumaczenia, że chcemy tylko zdobyć Piramidę Cartensz - zupełnie do nich nie trafiają. "Wspinać się na górę? A po co? Przecież to głupie i pozbawione sensu... Dziwni są ci biali ludzie" - odpowiadają miejscowi i nie ustają w podejrzeniach... Póki co, poznałam juz pilota śmigłowca, który w bliżej nieokreślonym czasie przetransportuje nas do Bazy pod Carstenszem... A zatem - trzymajcie kciuki za pogodę i... dobry humor pilota :-)


20 stycznia 2010 - Lot za lotem, czyli coraz bliżej Base Campu


Biak to już niemal kraniec świata… Dotarliśmy tu o 5 nad ranem po całej nocy w samolotach. Trzy godziny snu i znów jesteśmy na lotnisku, gdzie pakujemy się do małego Twin Ottera. Za około godzinę będziemy na Nowej Gwinei. Wow!
Nasz limit bagażu na lot do Nabire to 10 kg na głowę, mamy go razem 50 kg – liny, namioty, śpiwory, jedzenie… Robert uparł się jednak, że nie będzie płacił! Założył na siebie cały strój wspinaczkowy, w bagażu podręcznym ma chyba 20 kg, a w pasie… owinął się stumetrową liną! Mam nienormalnego partnera wspinaczkowego :-) Ratunku!
Jeśli twierdziłam, że Vinson jest najtrudniej dostępną górą, to właśnie zmieniłam zdanie… Warszawa, Amsterdam, Kuala Lumpur, Jakarta, Makassar, Biak, Nabire i jeszcze ten helikopter… Póki co, pogoda jest jednak niezła, nikt nas nie próbował zjeść, a nastroje wyjątkowo nam dopisują!


 

 


Warto_znac_pilotow

Piloci_helikoptera_w_Nabire

Przytylo_mi_sie_troche

Spa_w_Jakarcie

Ta_wyprawa_to_czysta_magia

Swiat_przez_okno

 

 



19 stycznia 2010 - Jakarta, part II


Jakarta jest tłoczna, głośna i raczej mało urodziwa... Czyli nic się nie zmieniło od kiedy tu byłam po raz ostatni :-) Wczoraj wieczorem upal był niesamowity, dziś słońca nie ma za to wilgotność powietrza sięga chyba 90% i co chwile pada. Po prostu w ciągu minuty jest ściana deszczu a potem cala woda paruje i jeszcze ciężej jest oddychać... No, ale czas się przyzwyczajać! W końcu taka pogoda jest właśnie na Nowej Gwinei :-) Tylko wspinaczka po wapiennej ścianie w strugach deszczu nie jawi mi się atrakcyjnie...

 

Robert jest najbardziej zgodnym partnerem wyprawowym jakiego miałam - póki co działamy jak świetnie zgrany zespół. Dzisiaj planujemy raczej odpoczywać i aklimatyzować się do temperatury wiec trochę zwiedzamy, piszemy maile, jemy i śpimy... Uff, doprawdy ciężka ekspedycja :-) Wieczorem odlatujemy na wyspę Biak, więc będziemy bliżej Nowej Gwinei
i mojej wymarzonej Góry! Hurrra!

Dziękuję wszystkim za wpisy, komentarze, maile i słowa wsparcia! Dzięki Wam chyba pofrunę na ten szczyt!!! Buziaki!


18 stycznia 2010 - Jakarta, part I


Z międzylądowaniem w Kuala Lumpur dotarliśmy do Jakarty. 30 stopni upału, choć już zapada zmierzch... Ale odmiana po tej polskiej zimie... brr... Zgodnie z planem spotkaliśmy się z Robertem w Amsterdamie i mimo że nie widzieliśmy się od roku, to czuje się jak ze starym przyjacielem. Poza tym jestem już podekscytowana wyprawą i czekającą nas Przygodą. To naprawdę niesamowite uczucie stać u progu spełnienia Marzenia...


17 stycznia 2010 - Wylot


Tego typu wyjazdy nigdy nie należą do łatwych, ale jak się coś zaczęło, należy to zakończyć. Spakowana, pełna optymizmu i nerwów dotarłam na lotnisko. Szybka odprawa, sok ze świeżych owoców, kawa, finalne ustalenia z moimi dziewczynami na czas mojej nieobecności i... witaj przygodo :-) Najpierw Amsterdam, gdzie spotykam się z Robertem, potem Jakarta.


 

 

 

Szybka_odprawa

fot._Robert_Zalewski

IMG_8585

IMG_8724

IMG_8729 IMG_8734
IMG_8636 IMG_8678

IMG_8774

IMG_8788

 

Tu byłam

Miejsca, które odwiedziłam

Wyjedź z nami

Martyna Adventure